Uczę się. O jesieni i o zimie. Uczę się o tym, by zsynchronizować się z Naturą.
By odpuścić.
By wiosną i latem działać, a w miesiącach granicznych między jednym rokiem a drugim – odpoczywać.
Uczę się, że świat się nie zawali, jeśli nie zrobię remontu w dwa, a w pięć miesięcy. Że Ziemia nie przestanie się toczyć, jeśli nie dopnę wszystkiego na wczoraj.
Uczę się słuchać ciała, które jest bardzo zmęczone i potrzebuje odpocząć. Które w nosie ma listę to-do, gdzie widnieje „Zimą: wywieźć siano, posprzątać oborę pod łazienki, posprzątać spichlerz i zrobić pokoik dla bliskich, obić studnię”. Nie zrobię nic z tej listy, bo moje ciało ma dość i chce tylko pracować zawodowo i czytać książki, chodzić na długie spacery i podglądać Zwierzęta. Wiosną też tego nie zrobię, bo wrócę do domu dopiero w kwietniu i będę musiała od razu przeskoczyć do planów z drugiej części listy: „Wiosną: zamknąć fundament, zrobić drenaż, upchać sznury, opaski wokół okien”.
I to obsunięcie niczego nie zmieni. Wciąż będę miała gdzie mieszkać, moje Psy wciąż będą zdrowe, wciąż będę robić zdjęcia, wciąż będę słuchać Ptaków za oknem.
Uczę się zaszyć na pół roku i zbierać siły, by kolejne sześć miesięcy działać za ośmiu. Uczę się, że to ok: nie robić nic.
Uczę się luzu i odpoczynku. Zachwycona jestem, z jaką lekkością zaczyna mi to przychodzić i jak bardzo nie przeszkadza mi, gdy inni mówią o wszystkim, co robią. Nie kłuje mnie, że przecież ja też powinnam i że marnuję czas. Tak nie jest.
Natura zasypia na pół roku. Drzewa, kwiaty, Niedźwiedzie, łąki. Kulą się w sobie, spoglądają do wewnątrz, utulają do snu. Wracają po czasie, wtedy, gdy jest ciepło, gdy słońce towarzyszy dłużej niż parę godzin. Wracają, gdy są gotowe dalej mierzyć się z aktywnościami. Ja nie jestem. Nie teraz. I daję sobie do tego prawo.
Jestem z siebie dumna.



























