Czasami boję się, że nie wystarczy mi na wszystko czasu. Na wszystkie plany i marzenia, które mam. Nawet nie pieniędzy – bo one zawsze, gdy są potrzebne, to się pojawiają. I nawet nie możliwości, bo wiem, że gdy się na coś uprę, to stanę na rzęsach, żeby to osiągnąć i sprawić, by to było dla mnie możliwe.
Boję się, że zabraknie mi czasu i boję się, że niektóre moje marzenia odbiorą mi szansę na inne.
Że nie połączę wychowania Krów i Osłów z długą podróżą do Mongolii. Że nie da się mieć jednocześnie spokojnego życia na wsi i długich rok rocznych podróży do Tybetu. Byłoby to możliwe, gdyby mieć dopingujących ludzi wokoło, a oni niestety nie muszą dopingować we wszystkim.
Parę lat temu dokonałam wyboru – chciałam zadbać o wewnętrzny spokój i ciszę w głowie, które dałby mi własny kąt na ziemi. Wiedziałam, że nie potrafiłabym żyć z dnia na dzień i myśleć o domu w bliżej nieokreślonej przyszłości – nie tak działa mój umysł. Jednak, pracując na dom i teraz remontując go (i mając w perspektywie parę kolejnych remontów i budowę domku dla gości, na które muszę odkładać jak najwiecej pieniędzy), czuję, jak życie, którego także zawsze pragnęłam, ucieka mi przez palce. To o byciu w drodze, o podróżach. Wczoraj usłyszałam „dorosłość jest o planowaniu z wyprzedzeniem i trzymaniu się tych planów, o rezygnacji z czegoś kosztem czegoś innego”. I zgadzam się z czym. Mam jednak dojmujące poczucie, że, starając się zapewnić sobie spokojną przyszłość, sprzeniewierzyłam moją młodość.
Szukam więc równowagi, zadaję sobie pytania, jak mogłabym ją osiągnąć. Zastanawiam się, czy będę w stanie czuć spełnienie na obu tych polach – Domu i Drogi. Gdy odpoczęłam tej zimy i nieco zaczęła się nudzić – marzec wpłynął na mnie dużo gorzej cała zima – i przede mną perspektywa powrotu na budowę, czuję, że obudził się we mnie zew włóczęgi. Dawno nie słyszałam go tak głośno – a nie jest to na niego najdogodniejszy moment.
Staram się nauczyć, jak to zrobić, by czuć się dobrze w tym dorosłym życiu pełnym wykluczających się wyborów. Bo mała Zosia we mnie wciąż krzyczy, że to możliwe, zjeść ciastko i mieć ciastko, złapać wiele srok za ogon, spełniać się na tak odmiennych polach. Chciałabym wierzyć, że ma rację. To zawsze pędziło mnie na przód, to zawsze zmuszało mnie miłością do spełniania kolejnych marzeń (czy zdołałam się nimi naprawdę nacieszyć, to kwestia na inną bardzo długą rozkminę).
Jeszcze nie znam odpowiedzi. Jeszcze nie wiem co ukoi – czy cokolwiek – moją zszarganą tęsknotę. Może muszę przetrwać remont domu, a później, odkładając na kolejne renowacje, dać sobie więcej luzu i możliwości?
Może jest inne wyjście? Dorosnąć? Ale co mi po smutnej dorosłości pełnej wyrzeczeń?
Nie chce schodzić z tych marzących wyobrażeń.
Wiem na pewno, że nie zrezygnuję z Drogi. To jej pragnienie ukształtowało bardzo ważna część człowieka, którym się stałam.
Może będą musiała ją ograniczyć, może pogodzić się z mniejszymi możliwościami. Może zrobić przerwę w pracach przy siedlisku, gdy już będzie gdzie mieszkać. I przez chwilę pożyć? Dać sobie tę młodość, której nie miałam zbyt wiele? Taki przecież był plan, gdy wyparowałam sobie żyły, pracując na Dom.
Pracuje to we mnie bardzo mocno, ciekawa jestem odpowiedzi. Bo na razie sama nie wiem, nie mam pojęcia, jaka by ona miała być.



























