Im starsza jestem, a może im dłużej mieszkam daleko od miasta i ludzi, tym w coraz większy niebyt wpadam. W coraz większej samotności się lubuję, odpływam w ramiona ciszy i spokoju. Coraz mniej spotkań mi trzeba i coraz dłużej muszę je odchorowywać, gdy już się wydarzą.
Oczywiście, wciąż chcę i uwielbiam gościć ludzi, zapraszać, gromadzić, trzymać przestrzeń. Czasami myślę sobie jednak, że większą frajdę sprawia mi cała organizacja i koordynacja wydarzenia aniżeli sam event. I jest to i prawdą i nie – bo wiem, jak dużo czerpię, będąc z innymi. Słuchając, a mało mówiąc. Dużo się śmiejąc, niewiele zabawiając.
Kiedyś myślałam, że to kwestia mieszkania daleko od przyjaciół. Dziś widzę, że „tak mam”. Gdy tydzień temu byłyśmy na obiedzie ze szwagierką i jej przyjaciółką, ta powiedziała (mieszkając w mieście i pracując z ludźmi), że ma niedosyt interakcji społecznych. Na to ja (mieszkająca w lesie, z Magdą i psicami, jeżdżąca „do ludzi” raz w miesiącu), że mam przesyt.
Uwielbiam spędzać sama czas, a jeśli z ludźmi to najbliższymi, wtedy kwitnę równie mocno, choć inaczej. Jednak nawet takie spotkania muszę odreagować ciszą, chodzeniem po lesie i patrzeniem w ścianę.
Kiedyś tak nie miałam, nie wiem czy to kwestia wieku, przyzwyczajenia, słuchania organizmu czy życia na uboczu. Na uboczu miasta, gwaru, tłumów, zdarzeń.
Wciąż poszłabym na koncert, ale na „poszłabym” się kończy, bo rzadko kiedy kupuję bilety, wolę kupić lot na wyjazd. Bo na festiwalu jest za głośno, za tłumnie i najważniejsze – za daleko od domu. A ja lubię w domu. W domu, albo w podróży. Coraz rzadziej mam ochotę robić coś pomiędzy.
Gdy słyszę o apkach pozwalających poznać nowych ludzi albo takich, które umawiają cię na kolację w grupie nieznajomych, to nie czuję, że coś potrzebnego wniosłoby mi to do życia. Chyba wyczerpałam pulę osób, z którymi mogę być blisko. A „znajomych” nigdy nie miałam wielu. Nie mam ochoty i przestrzeni na nowe relacje, choć bardzo kręci mnie poznawanie kogoś i spędzenie z nim czasu.
Bardzo lubię rozmowy z ludźmi – na zajęciach czy sesjach, słucham uważnie i pytam, bo fascynuje mnie drugi człowiek – ale najlepiej sam na sam, jeden na jeden, na parę kwadransów.
Nie wiem czy to tylko chwilowe, czy się zmieni, czy to jakiś etap. Wiem, że dużo nowego się o sobie dowiaduję w ostatnich miesiącach. Pozwalam sobie być tak, jak potrzebuję najbardziej i jestem ciekawa dokąd mnie to zaprowadzi. Bo na razie ta ścieżka nigdy nie zawiodła. Ostatnio do samotności i totalnego focusu na osobie, z którą w danym momencie przebywam (o ile przebywam). Co będzie dalej? Zobaczymy.

































