Kochaj.się

Kjærsti


Buddyzm zawsze był mi bliski. Odkąd pamiętam, wiedziałam, że jest coś więcej – coś więcej niż świat, który znamy, widzimy i słyszymy. Nie wiedziałam, czy owo „coś” miało być, ale czułam to całą sobą. 

W końcu, blisko dziesięć lat temu, w Anglii buddyzm sam do nie przyszedł – pod postacią drobnego niepozornego mężczyzny, który zaoferował mi podwózkę, gdy w Lake District łapałam stopa. Od słowa do słowa zaproponował, żebym zatrzymała się u niego w pokoju gościnnym i tym sposobem wylądowałam w małym angielskim miasteczku nad zatoką, przez dziesięć dni czytając duchowe książki i rozmawiając z człowiekiem, który lata przede mną poszukiwał dokładnie tego samego i mógł się podzielić doświadczeniem. 

Od razu wiedziałam, że chwyciło i to jest to, czego szukałam, błąkając się za dzieciaka po katolickich kościołach, czytając artykuły o islamie i zgłębiając filozofię new age. 

Odtąd było łatwiej. Bo można nie umieć wierzyć w jakąś nadprzyrodzoną istotę, ale można wierzyć w coś głębokiego, nienazwanego. Ufać filozofii, która tłumaczy świat i pozwala przełożyć go na swoje serce. Bo przecież żadna religia nie stworzyła człowieka, to człowiek stworzył każdą z nich – by zrozumieć i pojąć zjawiska niepojmowalne inaczej. 

Moje odwieczne „nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko jest po coś” odnalazło się w karmie i prawie przyczyny i skutku. Mój brak potrzeby nazywania współgrał z nieprzywiązywaniem się. Było mi łatwiej i lżej.
I tak powolutku, nigdy nie nazywając się buddystką, powoli zagłębiałam tę filozofię. Czytałam, słuchałam, dyskutowałam, choć raczej nie miałam wokół siebie zbyt wielu osób zainteresowanych tak jak ja, a sangi, na które trafiłam, nie spełniały do końca moich oczekiwań. 

Dużo dała mi wiedza o przemijalności i nietrwałości zjawisk. O niestałości emocji. O tym, że one się pojawiają, a później znikają i nie warto się do nich przywiązywać (z tym konceptem, swoją drogą, zawsze miałam największy problem, gdy próbowałam rozłożyć go na czynniki pierwsze).
Kiedy usłyszałam, że tu nie chodzi o to, by w ogóle nie czuć, ale by czuć wszystko, co się pojawia i nie reagować nadmiernie, na miejsce wskoczył kolejny puzzel. By czuć i nie brać „do siebie” żadnego z tych uczuć. By pozwalać im swobodnie przez siebie przepływać i patrzeć, jak pojawiają się i odchodzą. 

To wszystko jest bardzo uwalniające. To, że mogę żyć i być bardzo blisko siebie, słuchać intuicji, być dobrym człowiekiem i z szacunkiem traktować innych. Że decyzje mają swoje konsekwencje i że to ja jestem odpowiedzialna za każde działanie, że nikt inny nie bierze ani mojej winy ani sukcesu na siebie. 

Cieszę się, że gdy od dziecka czułam potrzebę dociekania i odkrywania, dałam sobie prawo do szukania aż znajdę. I znalazłam, a to ukoiło i dało mi oddech od wielu trosk i zmartwień. Bo przecież „nie przejmuj się; jeśli możesz coś zmienić to to zmień i się nie przejmuj, a jeśli nie możesz czegoś zmienić, to to zaakceptuj i też się nie przejmuj”.

Dodaj komentarz