Akty

Kasia


Założyłam sobie zimę bez planów. Bez jeżdżenia na remont, bez pracy więcej niż absolutne minimum. Trochę zostałam do tego zmuszona, trochę sama podświadomie czułam, że dobrze mi to zrobi. Nie sądziłam że aż tak. Że odpuszczę sobie i światu i nagle zrobi się we mnie więcej przestrzeni na wszystko.

Bo gdy któregoś dnia postanowiłam pójść pobiegać, nie założyłam na ile kilometrów ani w jakim tempie. Gdy wróciłam, nie powiedziałam sobie, że muszę teraz o tej i o tej godzinie tyle razy w tygodniu kontynuować tę atrakcję. Po prostu poczułam, że chcę się poruszać i że dobrze mi to robi. 

I tak biegam od października (z grudniową przerwą, z którą jest mi bardzo dobrze), za każdym razem zwiększając dystans i robiąc coraz mniej przerw. I rozciągam się codziennie i dobrze jem. I krzątam wokół domu, by było czysto i przyjemnie. 

Nic z tego nie wypływa z poziomu „muszę” (schudnąć, utrzymać wagę, spełnić jakieś założenie, trzymać się postanowienia, ROBIĆ RZECZY). Nie mam w sobie żadnej presji (choć nie chwal dnia przed zachodem słońca, wiadomo). 

Nie, kontynuuję, bo chcę i mogę. Bo widzę, że układa mi to w głowie i po latach bycia antysportową widzę, że jednak lubię się ruszać. I że nie umiem wytrzymać dnia bez łażenia po dworze. 

Nie wiem, czy to zwyczajna dorosłość i chęć zadbania o siebie, czy kwestia zwolnienia. Grunt, że działa. 

I że nagle okazuje się, że te wszystkie klisze o tym, że nastawienie to klucz do sukcesu, działają. 

Że gdy robię coś, bo mnie to cieszy i wiem, że mi służy i chcę być dla siebie dobrą, to motywuje mnie zdecydowanie bardziej niż zmuszenie się do tego, bo muszę być inna niż jestem, bo takiej siebie nie lubię. 

Chciałabym to wiedzieć z piętnaście lat temu, gdy zaczynały się moje zaburzenia odżywiania. Ale nie szkodzi, ważne, że zrozumiałam to dzisiaj, przeszedłszy długą drogę, która sama w sobie dużo mnie nauczyła.

Dodaj komentarz