Nie zostawiaj życia na później, proszę.
Nie zostawiaj na później siebie.
„Bo teraz jest remont, bo teraz są ważniejsze rzeczy, gdy to skończę, zajmie się sobą, pojadę w wymarzoną podróż, zdam ten nieszczęsny egzamin”.
Nie zostawiaj na później tego, co daje Ci szczęście, co sprawia, że rośniesz, rozwijasz się jako człowiek. Nie zostawiaj na później pragnień duszy.
Gdy walczyłam z bulimią, walczyłam o swoją wolność. O swoje marzenia. Z chorobą nie umiałabym ich spełnić. Nie miałam na to przestrzeni w głowie, nie miałam siły, nie brałam siebie na poważnie – więc jak miałam serio traktować wizje swojej osoby w przyszłości? Skoro nie umiałam sobie zaufać, wciąż upadałam. Nie zasłużyłam. Przede wszystkim, ogłuszający uzależniony głos w mojej głowie wciąż kazał mi myśleć o jedzeniu, odstającym brzuchu, „niedoskonałościach” ciała. Nie było tam miejsca na racjonalne planowanie.
Walkę wygrałam, lata temu, i od tego czasu wciąż zawieszałam życie na kołku, realizując kolejne cele. Kupno kampera, odkładanie na Wolny Dom i Stodołę. Jestem już na finiszu tego drugiego wielkiego planu, przede mną życie, w którym nie będę musiała wiecznie do czegoś dążyć – będę miała czas na spokojne rozwijanie pasji, wolne wieczory, ciche poranki.
I podróże. To one sprawiają, że czuję, że żyję, dodają mi sił, motywują, inspirują i jak nic wywołują ogromny uśmiech na mojej twarzy. Wiedziałam jednak, że przede mną dwa duże remonty, najpierw domu, później stodoły, zanim będę mogła na dobre się zakorzenić.
I już podjęłam decyzję – odłożę w czasie podróże (a wizję miałam taką, by co roku zimę spędzać na południu Europy albo w Azji), gdy stanę na nogi, zacznę jeździć. Podejmując ją jednak, bardzo płakałam, czułam, że tracę coś wielkiego.
Wtedy to do mnie dotarło – utarło mi się w głowie przekonanie, że na nie – na wojaże – zawsze przyjdzie czas, że teraz obowiązki, a później przyjemności. Że mam inne priorytety. Jak to się dzieje, że to co tak ważne, tak łatwo przychodzi nam przekładać w wieczne „później”, bo nie nadajemy temu takiej wagi, na jaką zasługuje?
I to był moment, gdy walnęłam pięścią w stół.
Zasługuję na to, by żyć tak, jak sobie wymarzyłam. Mam do tego czas, gotowość, pieniądze i możliwość. Przestrzeń w głowie, logiczny plan możliwy i realny do realizacji.
Dlaczego to, co dla mnie tak ważne, co daje mi ogromnego kopa, co sprawia, że mam ochotę śpiewać, miałoby czekać, aż nadejdzie odpowiedni moment? On nigdy nie przyjdzie, jeśli o tym nie zadecyduję. Wtedy dałam sobie prawo, by zmienić priorytety, zabroniłam sobie odkładać na tajemnicze „później” podróże, jedno z najgłośniejszych wołań duszy.
Może przez to zarobię mniej, może przedłuży się remont – nie szkodzi. Mam całe życie, wystarczająco dużo zawiesiłam już na kołku, by nie żyć, tylko pracować i odhaczać punkty z listy należności. Mam czas, by otworzyć drzwi Wolnej Stodoły dwa miesiące później, mam czas, by połączyć to, co ważne i praktyczne z tym co ważne i magiczne.
Nie chcę już odkładać siebie na później. Na nowo układam priorytety. Może to o to chodzi w tej dobrej dorosłości, gdzie szacunek do siebie gra pierwsze skrzypce?



































